fbpx

Czy na opinii eksperta można polegać czy polec?

W jednym z odcinków „Dzień dobry na dobranoc”  dr. Agata Plech podzieliła się ciekawą refleksją na temat skorzystania z usług trenera personalnego, który doskonale zdiagnozował potrzeby  pani doktor na tyle, iż chyba sama była zaskoczona tak doskonałym doborem ćwiczeń , diety dla poprawy kondycji zdrowia. Poczułam niesamowitą pasję , wiedzę i zainteresowanie drugim człowiekiem  oraz chęć  niesienia pomocy dla rzeczywistej poprawy w kierunku zdrowia.

Ta sytuacja wydała mi się idealnym odniesieniem  z mojej perspektywy dla wielu spraw, gdzie wymagamy pomocy eksperta.

Jak to jest, że po niektórych wizytach człowiek opuszcza gabinet zrezygnowany, wręcz załamany, a w innych przypadkach z wielkimi skrzydłami gotowy do działania? Przedstawię państwu klika sytuacji z mojego życia, które doprowadziły, że ostatnimi czasy obrzydły mi wszelkie porady ekspertów.

Kiedy zaczynałam pisać teksty dla strony Przejrzyj na oczy, byłam po wydaniu pierwszej książki, bez doświadczenia ze strony praktycznej. Nigdy wcześniej nie pisałam dla tak poważnego przedsięwzięcia z cudowną ideą zdrowia i komfortu psychicznego dla osób, które tak bardzo tego potrzebują. Nigdy nie udawałam kogoś kim nie jestem, czyli ekspertem w dziedzinie psychologii, czy socjologii, społecznym guru od wszystkiego. Jestem przede wszystkim mocnym praktykiem, „Aspołecznym trudocholikiem” w wielu relacjach  z wąskim gronem znajomych, którzy mnie otaczają.  Owszem, gdy widzę cierpienie, przytulę, dotlenię, ale pamiętam przy tym wszystkim o własnym bezpieczeństwie, aby wrodzona otwartość nie wydawała mnie na łup innym. Moje teksty wcześniej bywały mocno podważane pod kątem „pisania na kolanie” ocena  ta oczywiście wiązała się z fachowym okiem eksperta, który początkowo dawał mi wolną rękę tematyki, następnie narzucając mi swoją wolę o czym pisać, do kogo i w jakim stylu. Tekst , który zostawał odrzucony, o dziwo, przyjmował się w wielu innych publikacjach z wielkim zainteresowaniem. Jak to możliwe? Czyżby eksperci tak naprawdę mieli poczucie zagrożenia i zamiast być prawdziwymi mentorami, wolą po prostu pogrążyć innych w poczuciu beztalencia i wycofania się z czegoś, co daje satysfakcję bez względu na profity?

 

Mój znajomy z mediów społecznościowych, bardzo doświadczony copywritter , wydał niedawno książkę pod dość mocno kontrowersyjnym tytułem. Znawca marketingu stanowczo odradzał mu użycia w nagłówku słowa lucyfer, ponieważ zwyczajnie odstraszy ludzi i nie zainteresuje wnętrzem. Efekt? Książka okazała się genialna,  w tym przypadku zaufano swojej intuicji.

Takich przypadków jest bardzo wiele i nie dotyczą one tylko czysto-biznesowych aspektów.

 

Mam czasami wrażenie, że tego typu doradztwo sprowadza się do udzielenia  rad:

„Jak zamrzeć w bezruchu, siedzieć cicho, słuchać-świat sam przyniesie dla człowieka jego własne pomysły”-  Sprowadza nas to do bardzo zwichniętego jestestwa, a przecież my wiemy, jak siedzieć cicho i słuchać innych, ale mamy prawo wykonywać własne pasje , w swoim stylu, jednocześnie korzystając z porad osób doświadczonych, oczekując konstruktywnych uwag.

 

Kilka tygodni temu moja córka pisała kartkówkę z matematyki, którą wprost uwielbia, nie wiemy jeszcze dokładnie kto kogo bardziej, ale przygotowania do napisania pracy z działów ułamków trwały dwa weekendy.  Po wysłaniu kartkówki zdjęciem , córka została poproszona o ponowne jej napisanie, ponieważ w oczach nauczyciela praca nie była wiarygodna pod względem samodzielności.  Uspokoiłam córkę , twierdząc, że to potrafi, była świetnie przygotowana i spokojnie doradziłam, żeby rzeczywiście napisała ją jeszcze raz. Wracając do domu, zobaczyłam błędnie wysłane zdjęcia, obcięte wyniki, płacz, rezygnacja , aż w końcu wymioty mojej zrozpaczonej latorośli. Dziecko się starało , napisało pierwszą kartkówkę bardzo dobrze, a za drugim razem praca nie była możliwa do sprawdzenia, ponieważ nie była czytelna. Żal mnie ogarnął, kiedy obie włożyłyśmy mnóstwo pracy i zaangażowania, do ciężko trawionego przedmiotu, a efekty ostatecznie wyszły marne. Staram się być osobą bezkonfliktową, ale kiedy wyrażę swoją opinię, mogę za taką często uchodzić. Tym razem zainterweniowałam do wyższej instancji w szkole. Córka kartkówkę pisała osobiście w obecności pani, prowadzącej przedmiot i w mojej. To było bardzo ważne spotkanie, po którym mogę śmiało powiedzieć zatopił się niemalże topór delikatnej wojny. Podzieliłyśmy z nauczycielką obawy i frustracje , wymieniłyśmy swoje spostrzeżenia, aż w końcu doszło w klasie do wybuchu głośnego śmiechu, gdyż porównałam tą sytuację do ciekawej anegdoty. Zapytałam pani, czy gdyby w tym momencie straciła prawo jazdy, to czy wedle jej zdaniem zdałaby go za pierwszym razem? Ja przyznałam się od razu bez bicia, że w moim przypadku śmiem twierdzić, że absolutnie bym tego nie dokonała. Nauczycielka również przyznała, że to nie możliwe, zmieniły się przepisy, a maszyną poruszamy się mechanicznie i wzrokowo, czasami nawet nie pamiętając jaki to znak drogowy. Tym samym przyznając się do stwarzania zagrożenia na drodze, wybuchnęłyśmy obie śmiechem. Tak samo było z tą kartkówką, coś, co wydaje się oczywiste i wyćwiczone, może ulec pogorszeniu. Na szczęście podczas tamtej sytuacji , Córka zdała na dobra ocenę, tym samym udowodniłyśmy , że rzeczywiście wykonujemy systematyczną pracę, której efektem są nie tylko lepsze oceny, ale większe zaangażowanie w przedmiot , za którym się zwyczajnie nie przepada. Nauczyciel miał prawo zweryfikować, my się odpowiednio przygotowałyśmy, kiedy mówisz prawdę nie ma się czego obawiać. Zniknęły wszelkie niedomówienia i posądzenia o nieuczciwość w pisaniu tych prac. Sukces odniosła rozmowa i działanie, szczere bez żadnych zgryzot i niepotrzebnych bolesnych emocji.

 

Jestem przyjaźnie nastawiona na profilaktykę także zdrowia psychicznego, a ponieważ dzieci kilka miesięcy spędzają na nauce on line, w naszym obowiązku jest dopilnowanie, aby dziecko było bardzo systematyczne i samodzielne, w szczególności jeśli mowa o pisaniu prac sprawdzających.

 

Rodzice takich dzieci sami chwalą się na forach i mieście, że wykonują za swoje dzieci część zadań, narzekając na nauczycieli. Sami nadając sobie na to przyzwolenie, ale dzieci wrócą do szkół prędzej czy później, i przed nami dopiero najtrudniejsze działanie w kierunku motywacji.

Dziecko, które jest rozleniwione, i ma wszystko podawane pod nosem, będzie miało ogromny problem z ponownym przestawieniem się do stacjonarnej nauki w szkole. I tutaj apel do Was , drodzy rodzice, pomagajmy dzieciom , ponieważ taki nasz obowiązek, ale nie wyręczajmy dziećmi, bo to im bardzo zaszkodzi, a efekty takich decyzji zobaczymy już wkrótce.

Właśnie w celach profilaktycznych , wybrałam się na dwie  sesje do psychologa z cała rodziną, w tym głównie z dzieckiem, ponieważ martwiłam się o tę systematyczność, drobne kłamstwa i apatię. Oczekując cudownej agendy ze strony pani psycholog, z gabinetu wyszłam pół żywa, wściekła i roztrzęsiona.

Na pierwszym spotkaniu omówiliśmy obawy, wypełniliśmy z mężem testy dotyczące naszego dziecka, a w tym czasie córka mogła narysować dowolny rysunek, który był bardzo chwalony na tym pierwszym spotkaniu. Na drugim spotkaniu, pani psycholog, bardzo chaotyczna kobieta, zmęczona, niewiedząca i podkreślająca ciągle, że nie ma pojęcia co to za projekt w ramach  zajęć dla dzieci prowadzi i z jakich fundusz, często porównująca pewne sytuacje życiowe do swoich, już wydała mi się bardzo nieprofesjonalna. Zamiast współpracować z nami, jako całością i zmierzając w kierunku oczekującym pozytywne zmiany w nauczaniu zdalnym córki i obowiązkach domowych, nasze dziecko zostało potraktowane jako słupek, a maglowani byliśmy my.

Podczas spotkania okazało się, że nie słucham co pani psycholog do mnie mówi, a mówiła o procedurze złożenia wniosku do poradni psychologicznej,  powtarzając ponoć błędnie całą procedurę córka siedziała zestresowana, bez jakiejkolwiek osobistego opowiedzenia się za czymś, żeby tylko coś źle nie powiedzieć. Gorzej niż na przesłuchaniu w prokuraturze. Moim planem, który się sprawdzał były 10, 15-minutowe ćwiczenia z dzieckiem w kierunku przedmiotów ścisłych , nie miało sensu dłuższe siedzenie przy zadaniach, które dziecko męczyło, a moim zadaniem było znalezienie rozwiązania zachęcającego dziecko do pracy. Myślałam, że osoba pracująca również w poradni psychologiczno- pedagogiczne, pomoże mi w tym procesie. W trakcie spotkania padło pytanie, ile jestem w stanie dziecku poświęcić na naukę, odpowiedziałam , że na tę naukę poświęcam 15 minut i ani minuty dłużej. Psycholog wściekła się , poprosiła o opuszczenie przez córkę gabinetu i udzieliła mi reprymendy, iż nigdy by tak przy dziecku nie powiedziała, porównując moja osobę do wyrodnej matki, a dziecko na równi z dziećmi przebywającymi w rodzinach zastępczych. Nie dopytała o system naszej wspólnej pracy, tylko dochodząc do wniosku, że nie gotując obiadów, zamawiając kateringi i jadając w stołówce zakładowej, mam tego czasu sporo. Następnie wyciągnęła na biurko rysunek dziecka , przedstawiającego kilkuosobowa rodzinę i zwierzęta , porównując dzieło do wyimaginowanej rodziny, która nie istnieje ,a dziecko wykreowało ją sobie na dowolnym rysunku, który stworzyła w czasie wolnym. Rzeczywiście nie była to nasza rodzina-potwierdziłam , gdyż rysunek przedstawia czteroosobową rodzinę , a nas jest trójka. Rysunek był dowolna pracą córki, nie wiążący się z nami w żadnym  wypadku, a może to marzenie o powiększeniu tej rodziny, nie wiem, ale nie w tym celu doszło do tego spotkania.

 

Otworzyłam przed ekspertem psychologiem fakty, iż z błędu lekarskiego mogłoby mnie i mojej córki tutaj nie być, ale na szczęście moi rodzice zadbali o to, żebyśmy przeżyły w czasie mojego porodu. Natomiast czasu dziecku poświęciłam dużo, ciągle również pracując i nie należał mi się urlop macierzyński w tym czasie, bo zostałam zwolniona jeszcze będąc w ciąży, zatem przerobione traumy już dawno pochowałam, ale pani psycholog odbiła pałeczkę, dzieląc się ze mną, iż ona również nie miała macierzyńskiego urlopu. Bardzo profesjonalna obsługa nas klientów , doprowadziła to bardzo absurdalnej sytuacji, która nie powinna mieć miejsca. Po tej wizycie przez dwa dni nie mogłam do siebie dojść psychicznie, umówiłam się na rozmowę z pedagogiem szkolnym. Druga kobieta okazała się ciepłą bezstronną osobą, która mnie wysłuchała i przyznała rację, że dla swojego dziecka robię bardzo wiele o czym świadczą wyniki i wyraźnie zrozumiała moje intencje.

 

Skupiając się na mojej odpowiedzi 15 minut poświęcenia czasu na matematykę, zostałam zbluzgana z wyrokiem winnej, zaniedbującej relacje z dzieckiem, gdzie te 15 minut okazują się na co dzień zbawienne dla wyników i zaangażowania w obowiązki szkolne. Poświęcając godziny na sesje, która przytłoczyła moją osobowość, wykorzystuję ten czas zupełnie inaczej.  Każdy rodzic ma prawo do pasji i swojego czasu wolnego, do gotowania lub niegotowania, ale zapewnienia potrzeb żywieniowych drogą, jaka uważa za słuszną. Nie muszę się tłumaczyć , że z dojazdami do pracy nie ma mnie przez 10,5 godzin w domu, a każdy ma swoje obowiązki , jak i należyty czas na wykorzystanie na swoje kaprysy, pasje czy zwał jak zwał.

Czyżby to wszystko opierało się o zazdrość o życie innych? Czy też pewnego rodzaju wypalenie zawodowe? Nie wiem w każdym bądź razie z całej tej sytuacji wyszło na to, że to my rodzice jesteśmy najlepszymi mentorami naszego dziecka , to my poświęcamy wystarczającą ilość czasu i dbamy o prawidłowy rozwój na każdej płaszczyźnie życie.

 

Po tej całej przygodzie z gabinetami ekspertów doszłam do  wnioski, iż w dzisiejszych czasach niektórzy specyficznie dążą do zapanowania nad całą przestrzenią innych i rozpostarcia swej siły. Tym samym upadł mój cały naturalny świat atomów działających, który wychodził z założenia, że potrzebowałam podmiotu.  Nasze życie zostało zdominowane przez wieczne dostosowywanie się i zmiany propagowane przez armię osobistych trenerów-terapeutów i mentorów od stylu życia. Moją alternatywą okazał się mocny sprzeciw dla tej kultury rozwoju.

 

Elizabeth Maziakowska , Okiem Kobiety Myślącej

Udostępnij swoim znajomym :)

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *