Życie to jest teatr, to jest maskarada…

Dwa dni, jeden w sumie czas. Odeszło dwóch aktorów. Jeden wielki, polski klasyk, jego role to iście szekspirowski rozmach, Wajda, Korczak, Reymont, Danton, prawie Oscar, niczym wieszcz. Drugi skromniej, jakiś dubbing, krakowski offowy teatr, kilka filmów klasy B i sitcom, chyba nawet klasy C, który jednak dał mu niesmiertelność.

Moryc Welt i Arnold Boczek. Wojciech Pszoniak i Dariusz Gnatowski. Wszystko ich różniło, losy, tusza, filmografia, miejsce na panteonie polskiej Melpomeny. Wszystko, prócz jednego. Obaj talent mieli wielki, obaj ten talent wykorzystali, choć każdy na swój sposób. I o tym jest ten wpis, o tym – by umieć wykorzystać to, co nam Bóg dał, w co wyposażyła nas, jak wolą inni – Natura.

Bo każdy ma talent, jakiś, swój, specyficzny, do czegoś i w czymś. Tak! Bez dwóch zdan. Nie każdy go odkrywa, nie każdy rozwija, nie każdy wreszcie – wykorzystuje, to także prawda i to już jest inna sprawa.

Pszoniak dostał od Losu wspaniałe role, które jeszcze wspanialej zagrał. Wszystkich zachwycał w Ziemi Obiecanej Wajdy, podobnie, pewnie nie tylko ja wybałuszałem gały obserwując go po mistrzowsku grającego  Maximiliena de Robespierre’a w Dantonie tegoż Wajdy, choć moim zdaniem – używając słów Tomasza Hajty, truskawką na torcie jego aktorskich postaci jest Korczak, zagrany tak, że aż dziw, iż nie dostał Oskara. Oszczędnie, z wyczuciem, wycofaniem, cicho – ale tak prawdziwie, iż jego Pan Doktor wręcz atomowo eksploduje mistrzostwem emocji, mądrości i wrażliwości.

Ci, którzy znali Korczaka a’live mówili potem, że Pszoniak był prawdziwszym Korczakiem od samego Korczaka. Aktor jest od tego, żeby grać i Pszoniak grał tak, że kopary nam wszystkim opadały. To aktor spełniony. I gawędziarz i kopalnia dykteryjek, anegdot, życiowych smaczków.

I ten drugi aktor, zapewne nie wielu pamiętało jak się nazywał, przecież chyba wszyscy znaliśmy go jako Arnolda Boczka. Nie chodzi jednak o żarty, drwiny lub inne heheszki. Wręcz przeciwnie, bo potrafił On z tej drugoplanowej, przecież epizodycznej startowo roli zrobić prawdziwą perełkę, wydobyć i cudownie osadzić w niej wszystkie nasze polskie przywary, mniej lub bardziej urokliwe słabości, oddał „polactwo” i swojskość, jak nikt wcześniej – idealnie.

Tak postać w sitcomie stała się rolą jego życia, a wraz z nią przeszedł do historii. On także, choć w inny sposób niż Pszoniak wykorzystał swój talent. Wajda nie powierzał mu wyzwań, nikt nie obsadzał go w roli narodowego bohatera, w klasykach polskiej literatury, choć moim zdaniem byłby z niego kapitalny Onufry Zagłoba albo Cześnik Raptusiewicz. Trudno. Już się o tym nie przekonamy, wiem jednak, że na 100% dał z siebie wszystko w tych szansach, które otrzymał.

Myślę sobie, że Ci dwaj aktorzy, tak różni od Siebie, tak odlegli stylem, ekspresją, dorobkiem, obaj, wspólnie, jakby w porozumieniu pokazują nam, tym kim byli, jak pracowali – że warto odnaleźć swoje miejsce na deskach teatru życia i swoją rolę, swoje zadania realizować maksymalnie zaangażowanie, szczerze, autentycznie. Nie czekać aż samo się zrobi, nie biadolić, nie narzekać na okoliczności, zły kontekst, słaby scenariusz. Tylko grać. Bo tak jak aktor jest od grania, tak nasze życia, Twoje, moje, jego czy jej są od tego, by je przeżyć, dobrze, w pełni, po prawdzie, w spełnieniu.

Wojciech Pszoniak jest już w swojej Ziemi Obiecanej, bez Arnolda Boczka ten świat będzie naprawdę kiepski, a My – no cóż, może pozostaje nam tylko wyszeptać słowa innego Wiekiego, który także już odszedł…

Życie to jest teatr, mówisz do mnie, opowiadasz
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada
Życie to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach
To jest gra!

#dr Marek Wojciechowski | psycholog

Udostępnij swoim znajomym :)