„Rozbębnij się” czyli granice strefy komfortu w pracy

Od dłuższego czasu przerasta mnie moja wielozadaniowość w miejscu pracy i domu. Godzina 6.00 rano pobudka, szybkie ubieranie się, pierwsza trudność ubrać spodnie trafiając stopą w nogawkę, utrzymując przy tym równowagę. Nic z tego! Oczywiście zaszportałam się i uderzyłam kościstym łokciem o stół – rozbębni mnie. Dobra strona? Obejdzie się bez zwolnienia lekarskiego. Pies wysuwa swój pysk spod łóżka, popędzając mnie merdającym ogonem z ubieraniem, gdyż za chwilę zazna pierwszego porannego luksusu w postaci spaceru po starej, nieczynnej kolei.

Schodzimy po schodach, mały kundel pędzi jak struś, a ja ślizgam się po schodach jak ze stoczni narciarskiej.  Pierwszy wdech i wydech świeżego powietrza próbuje mnie łaskawie dobudzić i uraczyć mnie  sympatyczną pogodą ducha. Przechodzę przez małe podwórko, uważając by nie wdepnąć w „ niespodziankę” psa od sąsiadki, która pokonuje ze swoim pupilem znacznie krótsze dystanse, nie siląc się na posprzątanie psich odchodów.  Zadanie wykonane, buty czyste możemy ruszać dalej.

Ruch na ulicy mały czasem przejedzie tir, czasem rowerzysta, kolejną trudnością o tej porze jest jednak konfrontacja z innym człowiekiem  twarzą w twarz kiedy moja nie ma na sobie jeszcze maski. To pierwsze z rana poważne posunięcie , aby wyjść z domu bez makijażu bez udawania , że ja to nie ja. Spojrzenia ludzi są dość kontrowersyjne, ale przecież nie mam czasu się zastanawiać nad swoim wyglądem, gdybym miała siatkę w ręce, wyglądałabym jak menel, a miałam smycz, więc wydaje mi się, że zachowałam klasę. 

Dlaczego muszę traktować zaledwie 6-metrowe podwórko jak pole minowe?

Dlaczego nie docierają do sąsiadki prośby o sprzątanie po swoim psie?

Ponoć dlaczego to bardzo trudne pytanie, psychologia zaleca pytać nie „dlaczego”?

Tylko „Jak sobie z tym poradzić”? No właśnie jak pozbyć się tej strefy ciążenia?

Wracam ze spaceru, minęło 10 minut, sąsiadka na podwórkowej „ werandzie” wykonanej z  plastikowych mebli dopija kawę, dopalając papierosa. Zachęca i mnie do pociągnięcia dymka, jednak dziękuję, tłumacząc, że i bez tego atmosfera jest śmierdząca. Gnam do góry po schodach, dziecko usamodzielnione, dzielne właśnie zrobiło sobie własnoręcznie śniadanie. Do tych śniadaniowych umiejętności zalicza się przygotowanie parówek na ciepło, oczywiście w mikrofalówce oraz płatki z mlekiem. Jestem dumna, to dla mnie dodatkowe pięć minut na sprawy fizjologiczne.

Szybkie pożegnanie z instrukcją samoobsługi na kolejne osiem godzin samodzielności dziecka w domu i mogę wyruszać do pracy. No prawie, bo przez kolejne pięć minut proszę sąsiadkę, żeby przestawiła samochód, który zaparkowała przed brama wjazdową. Czasowy plus i minus zakłóca zdecydowanie moja strefę komfortu. Wyjeżdżam z posesji , dążąc po świeże wypieki z supermarketu i śniadanie do pracy.

Nie zalogowałam się przez ten czas jeszcze do mediów społecznościowych, a przecież poranek bez tego rytuału, to poranek stracony. Bułka jest, owoce są, coś słodkiego i ruszam do kasy. Czas od przebudzenia do tej pory to godzina i dziesięć minut, doskonale. Pracę rozpoczynam o godzinie ósmej rano. Trasa do niej wiedzie mnie przez mało malownicze wsie, i lasy, ale zawsze po drodze spotkam ciekawy zwierzyniec. Na polach, przy brodzikowym bajorze trwa codziennie o tej samej porze konsultacja kilkunastu bocianów.

Mam nadzieje, że dokonują inwentaryzacji złapanych żab, a nie ingerują w ludzką prokreację. Sprawne hamulce w moim fordzie informują , że właśnie przez drogę śmiga gigantyczny odyniec z rodzinką, a tusz za nimi sarenka. Po drodze napotykam również mniejszych szczęściarzy , dla których egzystencja została zakończona przez pojazdy mechaniczne, które nie ograniczyły prędkości. Przykry widok „flak drogowych” i zbliżający się finisz mojej drogi powoduje, że mój żołądek zaczyna doznawać skurczu.

Docieram w końcu na miejsce. Moja strefa komfortu kończy się na przejściu przez bramkę, gdzie muszę na dzień dobry dmuchnąć w alkomat i dać obnażyć się mojemu pakunkowi. Jednak od przeszło dwóch lat dzielnie zdaję ten egzamin, pomijając fakt wielkiego zawstydzenia bałaganem w torebce. Odbijam kartę na czytniku rejestrującym czas pracy i w końcu docieram do wymarzonego biura.

Wymarzonego? Naprawdę tak powiedziałam. Po prostu na to liczyłam ,ale po przekroczeniu progu biurowca, zostałam zaatakowana. Atak ten bez powitania rozjuszył koleżankę po fachu, trudzącą się równie jak ja drobną buchalterią. Zostałam zasypana pretensjami, dlaczego nie wysłałam dokumentów rozliczeniowych? Dlaczego nie mogę ich rozliczyć? Dlaczego o coś nie zapytałam?

I ogólnie cały arsenał pytań dla zasady i manifestowania swojej wyższości.

Odpowiedziałam na wszystkie pytania zgodnie z prawdą, iż nie wysłałam dokumentów, bo są nie rozliczone, a są nierozliczone, bo towar nie przyjechał w całości, a nie pytałam koleżanki o to, bo pytałam dostawcę. Wszystko z gracją i wewnętrznym spokojem. Chwila ciszy, i w połowie dnia pytania z cyklu „dlaczego”?Zmieniły się w tryb rozkazujący ze strony współpracownicy. Przestań się głośno śmiać! Przestań szeleścić! Przestań tyle jeść! Przestań tyle gadać! Przestań oddychać!

Rozumiem, że praca z kobietami obfituje w narażanie się na określony cykl hormonalny, jednak zaczęłam wątpić , aby hormony maczały w tym swoje substancje. Założyłam więc słuchawki na uszy, poszukując erotycznego coveru. Moja strefa komfortu była już na cienkiej granicy od samego rana, jednak emocje były na ugruntowanej pozycji, nie mogłam pozwolić sobie na partactwo. Oddając się muzycznej fantazji, wyobraziłam sobie, że jestem słynną tancerką pole-dance.

Z mojej wyimaginowanej wyobraźni , szybko wydobył mnie kierownik, który szturchając mnie za ramię poprosił  mnie do gabinetu, gdzie wcześniej swoje spazmy przelała koleżanka.

Bez powodu doniosła uprzejmie, że nie wysyłam dokumentów rozliczeniowych na czas, nie kontaktuje się z dostawcą ani z nią w celu wyjaśnienia ważnych spraw i nie dbam o utylizacje dokumentów po terminie. Utylizacja mi się w tamtym momencie bardzo spodobała nie ukrywam. Zdaję sobie sprawę z tego, że lubimy mieć rację, ale nie lubimy mieć w głowie dysonansu poznawczego, wynikającego z dostosowania sprzecznych informacji. Spróbowałam swoich sił w sprecyzowaniu tego ostatniego punktu. Wszystkie zadania zostały wykonane przez moją osobę na czas, przedstawiłam raporty, dostawca  powiadomiony o brakach , przeprosił za zwłokę , ale  w ramach przedłużającej się transakcji , dał nam wysoki rabat na asortyment . Nie miałam potrzeby informowania o tych wszystkich sprawach, ponieważ byłam przekonana, że świetnie sobie z owymi zadaniami poradzę. Kierownik był wyraźnie zmieszany całą tą sytuacją, przeprosił mnie za to niepotrzebne zamieszanie i był pełen uznania za wynegocjowanie dobrych warunków umowy z dostawcą.

Po opuszczeniu biura, mój erotyczny cover szumiał mi wciąż w głowie, ale co raz ciszej słyszałam dźwięki poślizgu na metalowej rurze. Gdzieś tam w podświadomości właśnie waliłam tą rurą w łeb nieprzychylnej mi od samego początku zazdrosnej koleżanki.

Zapytałam kierownika czy mogłabym skończyć pracę wcześniej, ponieważ była piękna pogoda i szkoda byłoby nie skorzystać z promieni słonecznych.

Wyraził zgodę bez zastanowienia, opuszczając biuro poprosiłam koleżankę, by zajęła się utylizacją , rozliczeniem dokumentów i wszystkimi moimi dostawcami przez długi czas, ponieważ ja wychodzę ze strefy komfortu.

Wybałuszone gałki oczne koleżanki wreszcie stanęły w bezruchu. Dlaczego opuściłam biuro tak nagle? Nie zamierzając już do niego wracać, mimo zadowolenia z mojej pracy przełożonego?

Ponieważ stale zadowalałam wszystkich naokoło , tylko nie siebie!

Rankiem spacerując po opuszczonej kolei z moim psem, minęłam mnóstwo opuszczonych domów-muszelek ślimaków. Zdałam sobie sprawę, że ślimaki  odważyły się wyjść ze strefy komfortu , dając jakiś znak i dobry przykład na to, aby w końcu zmienić kierunek w swoim życiu.

W tamtym momencie miałam wielką ochotę wystawić post w mediach społecznościowych w formie krótkiego cauchingu o tym , jak ślimaki wychodzą ze strefy komfortu,a ludzie wciąż czekają na…. No właśnie na co? Może na to aż świat dostosuje się do ich  życzeń?

Wychodząc ze swej wieloletniej, pracowniczej strefy komfortu, zdałam sobie sprawę , że była to strefa ciążenia i upadlania. Ciągłe stosowanie egotyzmu atrybucyjnego w miejscu pracy ze strony koleżanki doczekało się ujścia w nieznane horyzonty. Postawa kierownika tez budziła we mnie coraz większe wątpliwości, z jednej strony nie karał mnie, bo nie miał za co, a z drugiej też nie wyciągał żadnych konsekwencji wobec niesłusznych oskarżeń co do mojej osoby.

Zainspirowana widokiem opuszczonego dobytku ślimaka, wróciłam rozradowana do domu,spakowałam córkę , przebrałam się w kostium kąpielowy i ruszyłyśmy z piskiem opon nad zalew. Po drodze zachwycałam się widokiem wiatraków, słonecznych promieni słońca, muzyką płynącą z radia( tym razem nie był to erotyczny cover) pędząc na oślep przed siebie, dostrzegłam już tablicę reklamującą miejsce rekreacji i wypoczynku, do którego pędziłam przez górzyste tereny.

Moją radość przerwał fotoradar i policjant stojący przed tym fantastycznym urządzeniem, które w mig opamiętało silnik samochodu próbując z prędkości osiemdziesięciu kilometrów zejść na co najmniej pięćdziesiąt. Rozbębni mnie!  Zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco , zatrzymując pojazd i przyjmując dezaprobatę policjanta, zorientowałam się, że mam mokre spodnie. 

Było gorąco, ba! Upalnie, ale cóż to? Całą drogę jechałam na podgrzewanym siedzeniu w aucie?

W tym momencie żałowałam , że narzędzie służące do pomiaru prędkości nie było suszarką.

Nie wyciągnęłam z porannej lekcji ślimaka, dotyczącej wyjścia ze strefy komfortu bardzo istotnej rzeczy, mianowicie prędkości. Skupiłam się tylko na widoku opuszczonego domu bezkręgowca. Czy był on blisko czy daleko od swojego dobytku, czy tez może, chwilowo opuścił to miejsce, tak jak ja zrobiłam to w miejscu pracy, siląc się na uporanie z kotłującymi się myślami i poczucia niesprawiedliwości.

Opuszczając strefę policjanta z wysokim mandatem i punktami karnymi, zawlekłam się nad zalew. Po dwóch tygodniach dodatkowo otrzymałam pamiątkowe zdjęcie z fotoradaru wręczonego przez małżonka, który bębnił mi o mojej nieodpowiedzialności jako kierowcy. Kolejna strefa komfortu była pod wielkim znakiem zapytania, czy mogłam się uwolnić z tego notorycznego bębnienia z każdej strony? Nie wiem, nie poznałam jeszcze odpowiedzi na to pytanie, na dzień dzisiejszy wracam z podkulonym ogonem do pracy, snując się i dodając otuchy kolejnym coverem.

#

Elizabeth Maziakowska  | No women, no cry…

.

Udostępnij swoim znajomym :)