Kiedy jedzenie staje się czymś więcej…

Nie wiem czy miałam bulimię. Nie wiem, czy miałam przy tym depresję. Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, ale nigdy też nie unikałam takiego stwierdzenia. Co to za różnica, jak będę to nazywać ja czy ktoś inny? Wiem, gdzie się leczyłam.. wiem, że przechodziłam terapię z tego powodu. Najważniejszy jest jednak fakt, że nie wyprę się tego co robiłam, jaka byłam, co przeżyłam. Mam historię, którą opowiadam i dzięki której zdobyłam cenne doświadczenie. Na całe życie. Bo traktuję to jako coś, co nigdy „nie umiera”… Już zawsze będę uważna i czujna. Już zawszę będę narażona i jestem tego świadoma. Muszę i chcę więc na siebie uważać.

Może Cię to zaskoczyć, ale dzisiaj jestem…dietetyczką, która pomaga ludziom w walce o zdrową dietę. Zapewne pomogło mi, że tak wiele przeszłam sama i jednocześnie tak mocno interesowałam się wpływem żywienia na zdrowie ogólne. Dzięki temu dziś mogę być silniejsza – by pomóc tym, którzy dopiero są na początku drogi, chcąc wyjść z „dołka”, w którym się znaleźli.

Ale zacznę od początku, ufając, że być może komuś pomogę otworzyć oczy na problem.

Od zawsze interesowałam się człowiekiem. Jego zdrowiem, problemami, a nawet wyglądem. Zaczęło się w gimnazjum. Nagle pojawiły się bardzo silne dolegliwości, jak się okazało, ze względu na zakażenie, a raczej rozrost bakterii Helicobacter pylori, które dawały mi ogromnie w kość. Bakterie te odpowiadają za przewlekłe zapalenie błony śluzowej żołądka, czyli nic innego jak powstawanie na ścianie żołądka nadżerki, a później wrzodów. Ból, który mi towarzyszył każdego dnia, zwłaszcza w godzinach, które spędzałam w szkole, odczuwałam jako głód motywujący do sięgania po coraz to większe porcje jedzenia. W zasadzie to może nie tyle większe, co mniejsze, ale systematyczne i częstsze. W szkole nie byłam w stanie wytrzymać godziny lekcyjnej bez bólu i cierpienia, a czasem po prostu przestawałam uczestniczyć w lekcji. Ja… ta, która bardzo lubiła się uczyć! Lądowałam na szkolnym korytarzu z bólem brzucha, by później zostać zwalniana ze szkoły jak tylko przyznałam się do dolegliwości, które nie przechodziły, a wręcz nabierały na sile.

Moje ciało się zmieniło, taka dieta sprawiła, że przybrałam na wadze…! Ponad 10 kg, które nie mogły pozostać niezauważone.

Zawsze żywa nastolatka, ciesząca się szczupłą sylwetką, stała się zagubioną, wycofaną, zakompleksioną dziewczyną, którą wyleczono dopiero po ponad roku czasu szukania przyczyny gorszego samopoczucia. Wcześniej lekarze, w tym również specjaliści, uznawali, że mam nerwicę, a co za tym idzie – szukam wszelkich na wszystko wymówek. To było dla mnie trudne do przyjęcia i zrozumienia – nie godziłam się z ich diagnozą. Właśnie w tym czasie zrozumiałam, że nikt mi nie pomoże tak dobrze, jak ja sama to zrobię.

Od tamtej pory tak właśnie myślę i zgodnie z tym postępuję – zapobiegam, nie czekam, a gdy coś się dzieje – nie odkładam, działam! Zrozumiałam wtedy również jak istotna jest dieta, która wpływa nie tylko na to jak się czuję, ale również po to, by odzyskać szczupłą sylwetkę.

W zasadzie to zmuszona byłam do zachowania diety, o której nie za wiele wiedziałam więc szybko uzupełniłam swoją wiedzę na jej temat i z pomocą rodziny – wdrożyłam w życie zalecenia lekarza. Dla porównania – dzisiaj ważę niewiele mniej… a wyglądam lub też czuję się we własnym ciele o niebo lepiej! To kwestia ilości mięśni w stosunku do poziomu tkanki tłuszczowej, której nie mam nadmiaru, która utrzymuje się na normalnym poziomie.

Po kilku miesiącach rozwagi w kwestii wyborów żywieniowych, spokoju, dojścia do zdrowia – schudłam.

Starałam się stosować odpowiednią dietę i być aktywną fizycznie, która ponownie zaczęła mi sprawiać przyjemność. Nie było jednak tak idealnie jakby mogło się wydawać. Poczucie tego, że jestem większa niż powinnam… pozostało. Od tamtej pory, trudno było mi się mierzyć ze swoją wagą, a także mierzyć z tym, że ktoś jest po prostu ode mnie szczuplejszy. Nie ktoś, a dziewczyny, koleżanki, z którymi się porównywałam. Jesteśmy tym, czym jemy, ale wyglądamy tak jak sobie na to zapracujemy… i jak o sobie myślimy!

Spora w tym prawda, choć zarówno wtedy jak i dzisiaj wiem, że to nie jest system zero jedynkowy! Na zdrowie, sylwetkę jedni muszą pracować mniej, drudzy więcej. Genetyczne predyspozycje również mają znaczenie, choć akurat do tych nie mam prawa się przyczepić – rodzice są szczupli. Mimo wszystko, od tamtej pory miewam wahania masy ciała – zaliczam się więc do grupy osób, które muszą ją mocno kontrolować. Czy mnie to wkurza? Czasem tak, ale odkąd pracuję jako dietetyczka – całkiem mi z tym dobrze. Utożsamiam się z pacjentami w 100 %! Jak kiedyś uważałam to za niesprawiedliwe, tak teraz po prostu to akceptuję i jestem ostrożniejsza, a już napewno mniej krytyczna wobec siebie samej.

Był jednak czas, w którym… o pilnowaniu wagi zapomniałam.

Okres studiów, czyli 3,5 roku spędzone we Wrocławiu, gdzie studiowałam biotechnologię żywności. W tamtym okresie byłam nie tylko w ciągłej podróży, ale także w ciągłym biegu – uczyłam się, pracowałam w Bielsku-Białej, do którego co tydzień dojeżdżałam, ćwiczyłam i jak to „pełnoprawna” studentka – imprezowałam.

Taki duży wysiłek, silna eksploatacja organizmu oraz moje poczucie… niespełnienia – spowodowały, że nie wytrzymałam. Ponownie zaczęłam myśleć kategoriami – jestem gorsza od innych, brzydsza, słabsza, grubsza, inna. Na efekty negatywnego sposobu myślenia nie trzeba było długo czekać, zaczęłam bowiem przybierać na wadze…

Możesz także przeczytać...  Czy pandemia naprawdę zmieni świat?

Powodem było folgowanie oraz wynagradzanie sobie braków, które w tym czasie odczuwałam, a które związane były z wyborem zawodu, który chciałam wykonywać – wtedy upewniłam się w fakcie, że chciałabym być dietetyczką z „prawdziwego zdarzenia”! Mianowicie miałabym nią zostać przede wszystkim z pasji, zamiłowania do wiedzy o żywieniu i żywności oraz chęci pomocy osobom, które potrzebują edukacji żywieniowej.

Chciałam stworzyć ludziom przestrzeń wolną od oceny, ale przyjaznej ich pracy – nad ich sposobem żywienia, nad ich sylwetką oraz przede wszystkim ich poczuciem wartości. Inne moje potrzeby, które były w moim odczuciu niespełnione? Były to potrzeby: bezpieczeństwa, samorealizacji, miłości, samoakceptacji, dążenia do bycia i robienia tego, o czym marzę.

To spowodowało, że popadłam… w melancholię oraz dotknął mnie temat zaburzeń odżywiania.

Zaczęłam więcej jeść, częściej odczuwałam głód, częściej sięgałam po niezdrowe produkty spożywcze. Pamiętam, że podjadałam jedzenie współlokatorom, które później rzecz jasna odkupowałam. Czy wiedzieli o tym? Nie, robiłam to wszystko bardzo umiejętnie. Ukrywałam się z wieloma tematami, trzymałam wszystko w sobie. Bardzo wstydliwa sprawa, ale prawdziwa.

W związku z powyższym, żadne zachowanie mnie teraz nie dziwi…żadnym nie jestem zaskoczona i każde jedno potrafię zrozumieć, a nawet usprawiedliwić. dlaczego to robiłam? Wciąż miałam wrażenie, że jestem głodna! Normalne posiłki zaczęły mi nie wystarczać, przyszedł bowiem czas na objadanie się słodyczami i słonymi przekąskami. Takimi, których nigdy nie jadłam w nadmiarze, których raczej unikałam. Stały się one jednak dla mnie łatwo dostępne – wystarczyło pójść do sklepu i je kupić, nikomu się przecież nie tłumaczyłam z tego co wsadzam do koszyka! Zajadałam się batonikami, chipsami, ciastkami, choć wpierw dbałam o zjedzenie obiadu, który sobie systematycznie i samodzielnie przygotowywałam.

Moje ciało nie znosiło tego najlepiej.

Powoli obserwowałam zmianę sylwetki, a ponadto odczuwałam dyskomfort, który odczuwałam w okolicach pasa zwłaszcza. Wyraźnie czułam jak moja skóra się rozciągała! I to spowodowało, a raczej zmotywowało by zacząć wymiotować.

Liczyłam, że to mnie uchroni przed skutkami kompulsywnego objadania się. Najchętniej wyrzuciłabym to ze swojej pamięci, ale niestety się nie da. Dokładnie pamiętam jaką ulgę poczułam… za każdym razem kiedy „to” robiłam. Czułam się lekka, choć zmęczona na maksa. Czułam się upokorzona choć równocześnie do tego usprawiedliwiona. W głównej mierze – czułam się jednak zagubiona, nieszczęśliwa i słaba.

Dlaczego? Na to pytanie musiałam odpowiedzieć sobie sama. I to nie było związane z zaburzeniami odżywiania! W tym pomogła rzec jasna terapia.
Rozpoczęłam wtedy pracę nad sobą, swoimi zachowaniami i nawykami. Nie była ona ani krótka ani łatwa. Poprosiłam wpierw o pomoc… przyjaciółkę oraz starszego brata. Potem była siostra, mama i dwie koleżanki, z którymi studiowałam. Wszystkim tym osobom oraz tym, których oni zaangażowali, jestem wdzięczna. Miałam wokół siebie ludzi, którym zależało na moim zdrowiu i dobrym samopoczuciu. To oni mnie wsparli i nijako przed sobą samą pilnowali.

Ważnym jest fakt, że proces terapii oraz mojej wewnętrznej przemiany czy nawet fizycznej pracy trwała czas krótki. Robiłam wciąż „swoje” jak nikt mnie nie widział, kiedy przebywałam sama. Jasne, że znajdowałam ku temu sposoby, miejsce i czas. Nawet w pracy byłam w stanie tak funkcjonować by się wpierw najeść, a później to zwymiotować.

Teraz jestem świadoma tego co mogą robić moi pacjenci.

W zasadzie to dzięki temu doświadczeniu nie zaskakują mnie niczym, wiem o co ich pytać, o czym z nimi rozmawiać. Sądzę, a w zasadzie to mam nadzieję, że ich wiedza iż mam taką historię, pozwala im mnie zaufać – jako osobie, specjalistce, osobie, która „swoje przeżyła”. Niezależnie od tego z czym do mnie przychodzą, jakie mają problemy, z czym się mierzą – zawsze dostaną moje wsparcie i zrozumienie. Spory kaliber ich problemów mnie nie przeraża i nie zniechęca. Zaufanie bowiem to podstawa.

W trudnych sytuacjach, momentach w życiu – trzeba potrafić zaufać komuś, by stopniowo nabierać zaufania do samego siebie… Tak uważam, mimo że wydaje się lub też według teorii – jest odwrotnie. Ale to brak zaufania do siebie, czyli akceptacji i zadowolenia z tego co w życiu robiłam, a czego chciałam – spowodował, że podejmowałam takie, a nie inne decyzje.

Wpierw zaufałam więc osobom, z którymi podzieliłam się swoimi problemami. Byli w tym również specjaliści, u których musiałam podjąć leczenie. To związane jest problemami zdrowotnymi, którymi teraz się nie dzielę, ale jestem przekonana, że one również miały wpływ na moja kondycję psychofizyczną. Byłam więc pacjentką poradni ginekologicznej, endokrynologicznej i psychiatrycznej. Nie przyjmowałam leków przeciwdepresyjnych, mimo, że takie mogłam, z uwagi na moje zachowania – kompulsywne objadanie się czy wymiotowanie.

Pomyślałam sobie wtedy, że choćby to miało trwać niekrótko, to dam sobie radę niezależnie od wszystkiego, ponieważ już nie chcę więcej płakać i chcę znowu cieszyć się życiem.

Z perspektywy czasu nie wiem czy brak wsparcia farmakologicznego, z którego coraz częściej ludzie korzystają, było najlepszym rozwiązaniem, ale zwyczajnie bałam się zażywać jakikolwiek leki psychotropowe. Trochę o nich poczytałam, a poza tym… zrozumiałam, że to ja jestem za wszystko odpowiedzialna.

Nikt inny nie podejmował za mnie żadnej życiowej decyzji, do niczego nie byłam zmuszana, sama doszłam do takiego etapu, w którym nie radziłam sobie z wieloma sprawami i najzwyczajniej doszłam do wniosku, że powinnam się z tym uporać sama.

Możesz także przeczytać...  Nie widzę z bliska. Co robić?

Mogę powiedzieć, że tylko silna wola, konsekwencja i wsparcie innych pomogło mi z powrotem cieszyć się spotkaniami z ludźmi, bywaniem w nowych miejscach, korzystaniem z możliwości rozwoju oraz przebywania wśród rodziny i przyjaciół, których obecność wtedy doceniłam. Było bardzo trudno, bo przez długi czas nie umiałam wychodzić z pokoju, w którym się zamykałam czując się zmęczona, nie podejmowałam też aktywności fizycznej, przez co nie od razu mogłam ze spokojem spojrzeć w lustro.

Kiedyś jednak trzeba było to zrobić i zacząć spoglądać na siebie z miłością, zrozumieniem i akceptacją. Na wszystkie kilogramy, które przez swoje zachowanie uzbierałam, a których tak bardzo nie chciałam i z którymi postanowiłam się pożegnać. Małymi krokami do przodu i ze wsparciem szłam do przodu. Zajęło mi to miesiące, lata, ale teraz choć wcale nie ze swobodą – mogę o nich pisać czy opowiadać.

Najważniejszym jest jednak fakt, że wciąż muszę nad sobą pracować, ponieważ jest to niewątpliwie nieprzerwana historia, której końca nie widać.

Czy dzisiaj się objadam? Nie, choć bywały momenty w moim życiu, w których powracały do mnie demony przeszłości. Wróciłam więc do terapii po kilku latach, ponieważ ta pierwsza okazała się zbyt krótką. Byłam zmuszona ją przerwać, ponieważ skończyłam studia inżynierskie i wyprowadziłam się z Wrocławia, wracając do rodzinnego Bielska-Białej.

Później mądrzejsza i bogatsza o doświadczenia, rozpoczęłam kolejne studia na docelowym kierunku na SGGW w Warszawie. Co może być ważnym, zauważyłam, że jeśli nie przypilnuję zbytnio tego co jem, choćby to miał być tydzień wakacji, robię się rozdrażniona i smutna. To prowadzi do … chęci poprawienia sobie gorszego nastroju, a co za tym idzie, do wzrostu apetytu!

Muszę być uważna na to co się znajduje na moim talerzu, ponieważ w związku z tym, że przynajmniej dwa razy w życiu znacząco przybrałam na wadze, mam skłonności do wzrostu masy ciała w ogóle. Potrafię jednak szybko się zreflektować i poprawić swój sposób żywienia. Moje metody? Regularne jedzenie pełnowartościowych posiłków, wypijanie sporej ilości wody, co pozwala mi nie sięgać po słodkie przekąski. Te raz na czas wkradają się w moje życie, czasem bardzo niepostrzeżenie i również wtedy szybko reaguję, zachęcając do ich odstawienia swoich bliskich czy pacjentów.

Do tego wszystkiego wchodzi regularna aktywność fizyczna, która jest dla mnie wręcz terapeutyczna. To jest nauka, którą wyciągnęłam z kilkuletniej obserwacji i pracy nad swoim podejściem do jedzenia, sposobem myślenia o tym jak wyglądam czy też motywów swojego postępowania.

Przyczyny kompulsywnego objadania się czy wymiotowania trzeba eliminować i to jest coś nad czym skupiam się w tym momencie.

Jeśli tylko coś dzieje – reaguję i nie pozwalam sobie na rozwój sytuacji, z której trudno będzie mi się wycofać. Nie rozpędzam się w aspekcie jedzenia, choć zdarzają się chwile, w których mogłabym lub mam ochotę to zrobić. Jestem człowiekiem, dziewczyną, mającą swoje słabości, z którymi mierzę się każdego dnia! Może one są inne od tych, z którymi przychodzą do mnie moi pacjenci, ale dzięki nim – otaczam ich opieką i wspieram mentalnie, bo tak nakazuje mi moje sumienie.

Dokładnie pamiętam ile czasu zajęło mi zrozumienie siebie – swoich reakcji, lęków, motywów swoich zachowań. W zasadzie to do dzisiejszego dnia je analizuję i biorę pod uwagę, bo tego wymaga nieustająca praca nad sobą. Wiem, że nie chcę wrócić do punktu wyjścia, nie chcę powtarzać błędów, które przyniosły mi poczucie nieszczęścia więc nie poprzestaję w działaniach, które mają na celu przywracać mi spokój, zadowolenie i szczęście.

Jeśli obawiasz się lub wiesz, że i Ciebie dotyczy ten problem… pamiętaj, z pomocą specjalistów można powrócić do normalnego jedzenia i uważności! Nie odkładaj decyzji o rozpoczęciu pracy nad swoimi słabościami, dając sobie i innym kredyt zaufania.

Głęboko wierzę, że są ludzie, którzy mogą nas wesprzeć, edukować, monitorować tak by przyniosło nam to najlepsze efekty terapeutyczne. Takie, na których nam zależy. Trzeba jednak wiedzieć czego się chce dla siebie, a później podjąć odpowiednie działania, które mają nas doprowadzić do miejsca, w którym chcemy się znaleźć.

Jeśli jesteś tą osobą – trzymam za Ciebie kciuki, za Twoje powodzenie w sprawie. Jeśli to nie jest, nie było o Tobie, zastanów się czy ta historia nie jest bliska historii Twojego partnera, może dziecka, kogoś z Twojego otoczenia. Jeśli tak, wiesz co robić – otocz te osobę szczególną opieką. Wierz mi – ona na to czeka i będzie Ci ogromnie wdzięczna, bo być może Twoje działanie w tym względzie, odmieni jej los, poprawi jej jakość życia.

Czytaj więcej na zdrowie!
Wiosenne porządki,czyli oczyszczanie organizmu.

Trudno się nie zgodzić, iż wiosna to idealny czas na wszelkiego rodzaju porządki i zmiany. Zmiany te mogą dotyczyć nie Czytaj całość

Czy pandemia naprawdę zmieni świat?

Wpadł mi ostatnio w oko pewien wiersz o epidemii. O tym, że ludzie zostali w domach, o tym, że ziemia Czytaj całość

Czym się karmisz?

Odporność, to także cecha psychiczna, niezmiernie ważna, gdy stajemy przed takim wyzwaniem jak obecnie- #zostańwdomu, #bądźodpowiedzialny, #nienosiszroznosisz. Odporność psychiczna jest Czytaj całość

Nosić, czy nie nosić? Oto jest pytanie!

Zastanawiacie się może czy warto nosić maseczki na nos i usta gdy wychodzimy poza własny dom? Jest przecież tyle sprzecznych Czytaj całość

Udostępnij! Powiedz znajomym, że to ważne!