Każdy związek żyje. Nie betonuj go!

Truizmem jest stwierdzenie, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią i potrzebami. Ale tak właśnie jest. Bo przecież każdy związek, każda relacja to żywa przestrzeń, którą pomimo upływu czasu, zapełnia się, wypełnia każdego dnia, jakby od nowa, słowami, wartościami, przeżyciami, wspomnieniami. Nic nie jest stałe, wszystko jest aktywne. Jedne rzeczy, sprawy czasem bardziej, inne, innym razem – mniej.

Pantha rei. Wszystko płynie, zmienia się. Jak pisała onegdaj do swojego przyjaciela, w liście, który potem stał się cudownym wierszem, nieodżałowanej pamięci Wisława Szymborska:

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

I nie ma w tym smutku, nie powinno być żalu za czymś co odpływa, kończy się, przemija. Absolutnie NIE! Wręcz przeciwnie, im bardziej zmienny jest związek, im bardziej żywą relacja, tym bardziej nas ubogaca. Trzeba tylko do tego dojrzeć, zrozumieć to, podobnie jak zrozumieć naturę świata. Można bowiem walczyć z czasem, bo to on nadaje przemijaniu znaczenie, można zmagać się i próbować coś, co jest cudowne w danej chwili – zatrzymać na wieki. Owszem, można, ale czym taka walka się kończy? Przegraną i poczuciem zgorzchnienia, frustracją. Bezsilnym zawodzeniem i wielką tęsknotą, która znajdzie swój finał w pretensjach, do Niego, do Niej, do całego świata. A związek powinien nas cieszyć, nie zatruwać świadomością przemijania i strachem, że jutro słońce nie wzejdzie…

Związki, aby były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, i w takiej dynamice realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat. Nie sposób tego dokonać w tydzień!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. Stałość. Tak jakby w takim zabetonowaniu była jakaś (jaka?) korzyść. I sądzi się, chyba jednak błędnie, że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. A przecież tak wiele znanych mi par z perspektywy lat patrząc na to, co ich łączy stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy. Podobnie, bowiem, jak życie zaskakuje, tak i związek, łącząca ludzi relacja zaskakuje, nie da się jej zaplanować, wtłoczyć w sztywne ramy, niby idealnego gorsetu.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, wszyscy tego doświadczamy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, ba – jeszcze dwa, trzy tygodnie temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji. Krytyczny, ale mający w sobie potencjał szansy na nowy impuls, zawierający w sobie coś niesamowicie energetycznego. Pytanie, czy i co para z tym zrobi, to już osobna kwestia.

Większość z nas boi się zmian. I nic w tym dziwnego. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia. Definiują nasze lęki, obawy, strachy i śpiące w nas demony.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe – nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. To smutne, ale w pewnym sensie konieczne – o ile potencjał otwartości i mądrości się wyczerpał.

Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?”, „W jakim kierunku prowadzą zmiany?”, „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para, wspólnie. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tę drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu – żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie.

Dobra wiadomość jest taka, że im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku, do partnera, ale i do Siebie. Pojawia się ciekawość: do czego nas ta sytuacja zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będę dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji. I wtedy można powiedzieć, napisać, nawet wykrzyczeć nocą do gwiazd. Jestem szczęśliwy, jestem spełniona. Mamy dobry związek. Po prostu. Tylko i aż.

#drMarek Wojciechowski

Udostępnij swoim znajomym :)